Ilona Budzbon Studio | One… day in Bangkok
328
post-template-default,single,single-post,postid-328,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,columns-4,qode-theme-ver-13.1.2,qode-theme-bridge,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.5,vc_responsive
 

One… day in Bangkok

One… day in Bangkok

Pływający Targ Damnoen Saduak pod Bangkokiem

Pływający Targ Damnoen Saduak pod Bangkokiem

Podróże wymagają różnych przygotowań – raz cięższych, raz lżejszych. To trzeba nauczyć się jeździć konno, to spakować kajak w bagaż do samolotu, to uciąć rączkę od szczoteczki do zębów, by mniej dźwigać podczas wspinaczki.
Mój tegoroczny wyjazd do Azji nie wiązał się z niczym, o czym napisałam przed chwilą. Przygotowania ograniczyłam do… obejrzenia masy programów kulinarnych i spisania nazw potraw, których spróbować muszę i tych, które powinnam omijać szerokim łukiem. Tak, jeszcze w domu wiedziałam, że moja wyprawa kręcić się będzie wokół jednego słowa “JEDZENIE”.

Tajowie jedzą wszędzie i o każdej porze dnia i nocy!

Tajowie jedzą wszędzie i o każdej porze dnia i nocy!

Nietrudno domyślić się, gdzie pojechałam – oczywiście do Tajlandii!
Pierwszy dzień w Bangkoku? Posłuchajcie od początku.
Rankiem, parę kroków od hotelu, znalazłam knajpkę z zupami. Na śniadanie, najchętniej, zjadłabym klejący ryż z mango i sosem kokosowym, ale Tajowie wcinają ten frykas wieczorem. Dodatkowo wyznają zasadę, że jak śniadanie to konkretne i ostre!
W knajpce, której najlepszą rekomendacją był brak “białych twarzy” zamawiam zupę kurczakową. Pierwszy łyk smakował chili i moimi łzami. Dopiero po dłuższej chwili zupa zaczęła miło obiecywać pełen kulinarnych przygód dzień, przed którym należało się solidnie posilić!
W ciasnej i nie za czystej dzielnicy sprzedawców samych żelaznych łańcuchów (!), nieopodal dworca kolejowego, kupuję smażony klejący ryż, owinięty w liść banana (Khao Mao Thot). Nie wygląda za świeżo, ale nie mogę nie spróbować. I nie żałuję!

Klejący ryż

Klejący ryż w bananowym liściu

Potem zaszywam się w Dzielnicy Chińskiej.

Pieczone prosiaczki w China Town

Pieczone prosiaczki w China Town

Lekko pada, ale stoiska jedzeniowe buchaja parą! Zaglądam pod każdy parasol: próbuję słodkich, drożdżowych pampuchów (Salapo) z orzechowym nadzieniem i nie mogę nie spróbować smażonych chińskich pierożków z krewetkami. Na deser porywam torebkę bananów (mieszanka kilku, nieznanych mi gatunków) smażonych w cieście sezamowym (Khanom Kaek). Po tej uczcie, niechcący, wpadają mi w ręce pyszne jajeczne placuszki, z gorącej blachy, ze słodkim nadzieniem.
Mija niecałe pół dnia, a ja mam już na koncie kilka różnych potraw Czuję jednak, że moja wola kulinarnych poszukiwań jeszcze nie osłabła. Udaję się w kierunku centrów handlowych na Siam Square. Po drodze “oswajam” nabite na patyczki ośmiorniczki z rusztu, oblane sosem chili. Piekące usta traktuję pyszną babeczką jajeczną (taka sama, jak w Polsce – słowo daję!).
Obiecuję sobie, że aż do kolacji nie zjem niczego więcej. Spod Siam Square maszeruję do dawnej Bramy Umarłych (Bramy Duchów), przy której mam nadzieję znaleźć jeden z najstarszych w Bangkoku Domów Pad Thai (restauracji, serwującej tradycyjny tajski makaron z dodatkami). Niestety – nie umiem oprzeć się pierwszym napotkanym naleśniczkom z bananami, polanym słodkim mleczkiem sojowym (Khanom Buang).

Bananowe naleśniki - na śniadanie i.. o każdej porze dnia i nocy

Bananowe naleśniki - na śniadanie i.. o każdej porze dnia i nocy

Thip Samai – dom Pad Thaia – udaje mi się znaleźć dopiero po zapadnięciu zmierzchu. Woki wystawione są na ulicę, kręci sie przy nich z pół tuzina kucharzy. Przy krawężniku stoi kilka stołów, za którymi siedzą sami Tajowie. Nie ma lepszej wizytówki dla tego miejsca!
Zamawiam Pad Thai Special – makaron ryżowy z dodatkami przypraw, kiełków, krewetek, sosów, podsmażony w woku, a następnie otoczony cienkim omletem, którego dotąd nie udało mi się w mojej kuchni przygotować. Na nie za czystym stole stoją przyprawy: suszone chili, chili w zalewie, sos z limonki, cukier, pokruszone orzeszki ziemne, sos sojowy i sos rybny. Wlewam i wrzucam na mojego Pad Thaia wszystko. Po chwili dostaję świeże kiełki, “smocze ziele” (o smaku anyżu), pędy trawy cytrynowej i naręcza natki kolendry. Mam nadzieję, że moje szczepionki na żółtaczkę i dur pamiętają, że pojechały ze mną! Jem i wiem dlaczego ten dom słynie z przyrządzania tajskiego makaronu.
Potem długi spacer i przed samym wejściem do hotelu kupuję schłodzoną, pokrojoną, smakującą starą ścierką, papaję – pycha! Tuż przed snem zimny prysznic, łyk tajskiego (też godnego grzechu!) rumu i spać!
Jestem prawie pewna, że co najmniej raz w życiu zjadłam szczurze mięso. Zdarzyło mi się to w Nepalu. W Tajlandii w ogóle nie zastanawiałam się nad tym! Nawet jeśli zjadłam szczura – był to najpyszniejszy szczur w moim życiu. Chętnie zjadłabym go raz jeszcze, byleby tylko był odpowiednio usmażony w woku, zasypany trawą cytrynową, zalany sosem sojowym i sokiem z limonki.

Szczur, karaluszki, żuczki - żaden problem, byleby tylko dobrze podsmażone i doprawione!

Szczur, karaluszki, żuczki - żaden problem, byleby tylko dobrze podsmażone i doprawione!

China Town nocą - jedzieniowy raj...

China Town nocą - jedzieniowy raj...

Ślinka cieknie... a Ty już nie możesz, bo cały dzień wcinania za Tobą!

Ślinka cieknie... a Ty już nie możesz, bo cały dzień wcinania za Tobą!

Nie wszystko... niedobre, co źle pachnie - durian - król owoców

Nie wszystko... niedobre, co źle pachnie - durian - król owoców